I po sesji(?)

i-po-sesji

Ha! Otóż nie! Sesja, dla mnie, nadal trwa!

Historia nasza rozpoczyna się dnia dzisiejszego. Marek, główny bohater naszej historii, postanowił, że chociaż raz spróbuje wyglądać szykownie. Założyć on krawat, za dużą koszulę, czarne dżinsy, marynarkę i pojechał. Pogoda jednakże nie była mu przechylna – przewyższała 20 stopni bez zadyszki i solidnie utrudniała Markowi zachowanie dżentelmena. Wymagała wręcz od niego ciągłego wycierania czoła rękawem. Marek był w saunie, saunie zwanej garniturem.

Jego podróż zakończyła się, na szczęście, wraz z przyjazdem na uczelnię. Spodziewał się on na miejscu klimatyzacji. Tego dnia jednakże – zabrakło jej. Ponad 300 osób w jednym miejscu, brak klimatyzacji i ponad półtorej godziny czekania. Marek poczuł zażenowanie. Nie, najpierw poczuł “kurwa-jest-mi-gorąco-jego-mać”.

Nasz bohater miał dzisiaj również odzyskać swój indeks i poznać tajniki zapisanych w nim rewelacji, takich jak wyniki jego egzaminu, który pisał wraz z bracią studencką w piątek. Jakież było jego rozbawienie, gdy okazało się, że… nie zaliczył egzaminu jako jedyny z całego roku! To było miłe wyróżnienie i solidnie pocieszyło Marka, chociaż niekoniecznie miał ochotę powiedzieć “dziękuję” swej darowczyni. Okazało się, że Pani Doktor da Markowi drugą szansę znacznie wcześniej i pozwoli mu zaliczyć całość ponownie w nadchodzący czwartek. Musi on znać odpowiedzi na trzy pytania. Marek znowu musi zabrać się za cały materiał…

Po powrocie Marek postał odrobinę z ludźmi ze swej grupy i czekał na wykładowcę, który miał poprowadzić egzamin na 300 osób. Samotnie.

Wykładowca cudownie spóźnił się 20 minut, później gadał w (klimatyzowanej) Auli przez kolejne 15 minut, po czym oznajmił, że czas egzaminu będzie skrócony, ponieważ musi on wcześniej wyjść. Rozbawienie? Nie, raczej szczera i przemożna wściekłość studentów zebranych wraz ze mną w sali.

Egzamin okazał się odrobinę trudniejszy niż Marek sądził, lecz dał on radę w sposób zadowalający odpowiedzieć na 2 z 3 pytań. Może on tylko mieć nadzieję, że w czwartek w jego indeksie pojawi się ocena 3.

Po wszystkim grupa Marka chciała iść na pizzę. Marek musiał zwalczyć w sobie ochotę zjedzenia tej doskonałej, włoskiej potrawy. Jego portfel był pusty, jego karta również, pomimo, że stypendium powinno już dawno zasilać procesy życiowe Marka. Bohater obszedł się smakiem, pożegnał się i, zły na własne niedostatki, powrócił do domu. Tam słodko zasnął i przez sen odbierał SMSy od swej eks informującej go o awarii rur i prądu w jej mieszkaniu.

Po pobudce Marek coś zjadł, podenerwował się na niedziałającego Fallout 3 na jego komputerze, który nienawidzi się z Windowsem Vista i postanowił napisać książkę.

Tak, książkę. Marek znowu zbiera do niej materiały. Marek pisał kiedyś książkę – nie ukończył jej jednak, jego dysk twardy padł i Marek został na lodzie. Zły na cały świat – odwrócił się plecami do wszelkich form piśmiennictwa, poza blogiem i forami. Nadszedł jednak czas na powrót – na powieść sensacyjną z lekkim thrillerem.

Czy Markowi się powiedzie? Czy pieniądze wpłyną na jego konto? Tego dowiemy się w następnym odcinku…

PS: Marek wrzucił swe zdjęcia do Galerii. Polecam zobaczyć, mówił mi, że są warte obejrzenia.

Zaczarowany

zaczarowany

Chyba już nie lubię Platona.

Sorka, że nie pisałem taki kawał czasu. Ile to? Miesiąc? Cóż – sesja na uczelni to nie przelewki i pomimo, że poszła mi gładko w tym semestrze – i tak prawdopodobnie czeka mnie jedna poprawka. Z Psychologii – spieprzyłem trochę sprawę spodziewając się czegoś odrobinę prostszego. A dodatkowo znajoma miała ODPOWIEDZI na wszystkie pytania dzień wcześniej. Ale nie miała mojego numeru Gadu. Argh!

A zaczynając od początku – gdzieś tak dwa tygodnie temu znajoma poprosiła mnie o stworzenie dla niej plakatu reklamującego małe spotkanie przy herbacie i czytaniu poezji. Koncept początkowy, to “oczy i dłonie trzymające je”. Pomijając fakt, że ja, jako facet, myślałem o samych oczach, a ona, jako kobieta, o oczach z powiekami – dałem radę stworzyć projekt. Plakat miał być wielki i srogo zajebisty, niestety wydrukowany został w A4 i nie był już taki nadzwyczajny… Czysta profanacja. *uśmiech*

Łapcie plakat i sami spójrzcie czy jak na 4 h roboty wyszło tak dobrze, jak słyszałem od innych w ich pochwałach.

Spotkanie podobno się udało, niestety, nie poszedłem na nie. Nie dałem rady. A podobno była tam cała śmietanka pedagogiczna. Ja tam wolę mleko…

Po tej zabawie zaczęła się już na całego sesja. Z Socjologii cudem zostałem zwolniony z egzaminu, ponieważ miałem 4 z ćwiczeń. Mniam. Kolejne zwolnienie było z teoretycznych podstaw – to dzięki mojej pracy. Mieliśmy przedstawić w jakiejś formie “Moje pedagogiczne credo”. Rysunek wykorzystała znajoma robiąc komiks, wiersz ugryzł znajomy. Mi pozostała powieść… Możecie rzucić na nią okiem sami klikając TUTAJ. Ci co czytali mówią, że całkiem zjadliwa. Dostałem 5 z uśmiechem i zostałem zwolniony z egzaminu. Yeah, baby!

Od tego momentu szło z górki i jakoś tak łatwo zaliczało mi się wszystko. Aż do Psychologii – miało być 10 pytań z możliwością wyboru odpowiedzi a, b, c lub d. Jakże się myli ten, kto uważa, że można było podejść do tego testu bez odpowiedniego przygotowania. Żałuję braku ściągi i biję się w pierś pokrzywą, obiecując poprawę braci studenckiej i wznowienie używania pomocy naukowych! W tej chwili kuję na Etykę. Czytam o tak prozaicznych postaciach jak Platon, Sokrates czy Epikur z Samos. Sami spoko faceci, ale Platon to ch*j. O każdym filozofie mam po jakąś stronę do nauczenia się. Ale on musiał być wielki (gr. “platos”) i zająć parę stron A4.

Dzisiaj w przerwie obejrzałem sobie Zaczarowaną Disneya. Polski dubbing wymiata, tak jak i sam film/animacja. Historia opowiada o księżniczce z baśni Disneya (takiej “rysowanej”), która przez złą królową zostaje zesłana do “naszego” świata. I jest ładna. Wszystko tam jest tak słodko idiotycznie niewinne, że aż zastanawia się człowiek czy faceci w tym filmie mają naprawdę penisy w spodniach…

A teraz kontynuuję moją naukę. Od jutra wakacje, czy tego chcę, czy nie! I praca! I obowiązki! I… I coś jeszcze pewnie!

I do jutra!

Łuu-hu!

luu-hu

Sobota była i sobie poszła. Jest już po północy, a mi została notka do napisania.

Jak to w weekendy – nie ma wiele do pisania. Człowiek może leżeć i odpoczywać. Tak też robiłem – obudziłem się o 4 nad ranem. Posiedziałem do 8 nad ranem i oglądałem (znowu) 4400. Później poszedłem spać. Miałem narysować parę prac na tą aukcję i podrzucić do mojej szkoły. Ale to miało być na 10, ja wstałem po 13. Nie bardzo wiedziałem co robić, dlatego posiedziałem jeszcze trochę przy monitorze. Dogadałem się ze znajomym, że pożyczę od niego notatki z Psychologii. Zacnie.

Około 14 wyruszyłem więc na Słoneczne po notatki. Byłem nawet w mieszkaniu kolesia. Cóż, już wiem jak wygląda miejsce w którym mieszka samotny student. Ciekawe jak ja utrzymałbym porządek u siebie (patrzy na stertę śmieci obok siebie). A, i pies kolesia był denerwujący, chciał zbyt wiele miłości. Dorwałem więc notatki, niestety ksero było już zamknięte. A w Tesco nie było mojego ulubionego energy drinka. Niewiele myśląc – wróciłem do domu na obiad. Mniam.

Później zacząłem skanować notatki od znajomego i ugadywać się z Kazikiem żeby wpadł na piwo. Mieliśmy iść do KFC, ale nie wyszło. No trudno, kiedy indziej. Póki co zamartwiałem się skąd wziąć wcześniej kasę i podrzucić ją do mojej eks. Wcześniej jednak sprawia mniej problemów, nie wiem jak będzie później. W końcu gadałem z moją eks… I NADAL GADAM! JEST PRAWIE 1! W NOCY!
A, podczas tego wszystkiego wpadł koleś na rowerze i odebrał notatki. Teraz muszę je przepisać i wykuć do wtorku. Jedyne 40 stron zeszytu…

W końcu wpadł Kazik. Wypiliśmy po piwku i obejrzeliśmy do końca Crank 2. A później załączyłem mu Kung Pow. Film jest doskonały – reżyser wziął stary film z lat 70 i wstawił nową ścieżkę dźwiękową, podłożył SAM głosy wszystkim postaciom i dodał komputerowo siebie zamiast jednej z postaci. Dzięki zmyślnemu pokrojeniu całości wyszedł świetny film. Obejrzeliśmy tylko do połowy i Kazik uciekł.

A później zacząłem pisać tą notkę… Hej, to teraz!


To ja z bratową i moją Mamą. A ta butelka to nie sok, to cola i wódka. Była okropna. Fuj.

Okrzyk rozpaczy palonego chleba

okrzyk-rozpaczy-palonego-chleba

Tytuł adekwatny do mojego zdenerwowania. Chociaż, nie, w sumie nie jestem zdenerwowany. Przyjąłem tą informację spokojnie, na poziomie…

Rysunek nie został przyjęty przez znajomą. Spodziewała się ona pracy za 700 zł nad którą pracuje się w pocie czoła przez dwa tygodnie. Dostała, niestety, rysunek za 70 zł nad którym pracowało się, robiąc przy okazji dwa inne projekty na studia, przez cztery dni. Koniec końców – pracę odzyskam a znajoma pokryje koszty papieru i robocizny (marne 15 zł). Mam nauczkę – nigdy więcej nie pakuję się w projekty tego typu. Od dzisiaj zajmuję się takimi pracami ze słowami na ustach “to zajmie około miesiąca”. A jednak, boli, bo pooddawałbym długi…

To zadziwiające, ale ja ZAWSZE mam jakieś długi. I nawet o nich nie pamiętam, ale gdy zaczynam o nich rozmawiać, to rzeczywiście, przypominam sobie, że pożyczałem przecież pieniądze od kogoś. Jak np. fakt, że w tej chwili potrzebuję jakieś 40 zł. Ma ktoś w kieszeni?

Co do dzisiejszego dnia – znowu nie pospałem. Wręcz było to przeciwieństwo snu – byłem na nogach o 5 nad ranem (widać to w mojej poprzedniej notce, którą pisałem tuż po przebudzeniu). Od tego czasu latałem rześki i uśmiechnięty. Poranek rozpocząłem od umierania z głodu, skutecznie zagłuszyłem to podwójną dawką serialu 4400 na bekonie. Całkiem smaczne – zostały mi dwa odcinki do końca 3 sezonu. Później nastąpiło ogólne otwarcie sklepów, a ja obudziłem Mamuśkę w celu zdobycia pieniędzy na… chałkę! Tak, pamiętałem ten świetny smak u Mili, toteż po co się ograniczać?! Chałka, masło, kakao i kolejny, przedostatni odcinek 4400. Dopiero później postanowiłem, że leżenie przez 2 h w łóżku jest średnio zdrowe. Wstałem i poszedłem pobiegać. Tak, nawet mi się zdarza. Dawno nie biegałem, ale było to bardziej odświeżające niż prysznic. Ten sam prysznic, który później wziąłem i który sprawił, że znowu miałem ochotę położyć się spać. A było już po godzinie 7.

A teraz ciekawostka – nauczyciele z mojej podstawówki szaleją. Szaleją, bo ich uczeń wraca na stare śmieci jako nauczyciel. Mówimy cały czas o mnie. Muszę tylko, praktycznie rzecz biorąc, zdać studia i zaczynam praktyki już we wrześniu. Zapowiada się śmiesznie, muszę przyzwyczaić się do tego, że ktoś będzie do mnie mówił “pan” i nie będzie miał wszystkich zębów. Dodatkowo, wiem, że zostanę wykorzystany jak tylko się da – nauczycielki liczą bardzo na talent artystyczny “Mareczka” i jego umiejętność robienia z niczego czegoś. Zobaczymy. A wspominam o tym ponieważ moja Mamuśka spotkała niedawno moją byłą wychowawczynię, która wspomniała żebym wpadł w piątek do szkoły pogadać. Wpadł. Pomiędzy 8 a 12. W piątek. Wolne. Zamiast spać.

Dałem radę – na 12 byłem umówiony pod Galaxy na oddanie rysunku dziewczynie. Nie spieszyłem się i spokojnie pogadałem sobie z moją wychowawczynią do 10:30. Gadaliśmy o wszystkim – starych i nowych czasach, o ludziach z mojej podstawówki (pamięta ktoś Ankę, która odeszła w 2 klasie?) i poziomie obecnym dzieciaków (podobno jest mniej takich geniuszy niż jak ja się uczyłem), które nie umieją poprawnie czytać i koncentrują się na obrazie (telewizja).

Później zrobiłem papa, obiecywałem narysować na jutro parę postaci z bajek (czyli na dzisiaj. Sobotę. O 12 jest jakaś zabawa i obiecałem o 10 podrzucić moje prace do sprzedania) i pojechałem pod Galaxy. Po drodze zajechałem do akademika, do Mili. Co się okazało? Teoretycznie byłem w akademiku całą noc, bo zapomniałem zabrać moją legitymację studencką jak wychodziłem od niej ostatnio! CHOLERA! Sprawa trafiła odrobinkę wyżej i muszę czekać aż jakieś babsko zwlecze swój tyłek i przyjedzie w… PONIEDZIAŁEK! Tak, dopiero w poniedziałek oddadzą mi legitkę. No nic, moja wina. Mili właśnie przeszkodziłem odsypianie nocy, którą spędziła na oglądaniu filmów. Ludzie autentycznie gwałcili jej telefon smsami i telefonami z życzeniami do 3 nad ranem! Ja bym tak nie mógł, głównie dlatego, że żaden z moich znajomych nie wytrzymuje siedzenia dłużej jak do 2. Szczypiory z nich… Chwilkę pogadaliśmy, pośmialiśmy się i pojechałem z rysunkiem. Na miejscu wszystko załatwiliśmy na szybko, znajoma zabrała rysunek bez oglądania i pojechała w cholerę.

Ja wróciłem do akademika, pogadałem z Milą i poszliśmy do Turysty. Mniam, jednak da radę zjeść coś dobrego w Polsce. Tyle, że ceny są niepokojące – SAM KOTLET MIELONY kosztuje tam 3.70 zł podczas gdy talerz zupy owocowej kosztował 2.60 zł. Hm, a gdzie miejsce na ziemniaki i sos? Za dwudaniowy obiad, którego sam nie mogłem prawie zjeść zapłaciłem 10.40 zł. To akurat jest genialne. I smaczne. Mila była w Turyście pierwszy raz, ale zapewne nie ostatni. Widać było po niej, że miejsce przypadło jej do smaku (ha, żart słowny. Dobry, nie? Tak? TAK?!). Minusem objadania się jest późniejsza ospałość. Skutecznie zabiliśmy ją chodzeniem po Galaxy (ma ktoś 120 zł? Widziałem cztery świetne koszulki w Croppie) i późniejszym powrotem do akademika według wskazówek Mili (okrężną drogą, obok zamku). Pod sam koniec nie dawałem rady wejść po schodach tak śpiący byłem. W akademiku położyłem się, Mila coś do mnie mówiła a ja… zasnąłem! Co prawda na chwilę, bo obudziłem się jak kończyła mówić, ale i tak dziwnie musiało to dla niej wyglądać jak słuchałem jej z zamkniętymi oczami.

Koniec końców udało mi się wrócić do domu. Tak, zasnąłem w autobusie. Ja tak zawsze. Ha, przypomniało mi się, że na światłach pisałem akurat smsa do znajomego, światło zmieniło się na zielone i jakaś pani zaczęła szturchać mnie w ramię. Mój pytający wzrok zmusił ją do powiedzenia “już zielone, proszę iść”. To było dziwne…

Dojechałem do domu pełen radości – ugadałem się ze Ślimakiem, że mamy jechać na Terminatora na 18. Miałem czekać na nich w Galaxy, ale napisałem mu, że wracam jednak do domu (z myślą, że zabiorę się z nim samochodem). To był mój błąd – Ślimak był na miejscu, kupił bilety i zadzwonił do mnie… o 17:30! Gdy ja byłem w domu! Cholera. Teraz będę musiał oddać kasę za film, którego nie widziałem. Smacznie i srogo zajebiście, ale wina była moja.

Posiedziałem chwilkę z Kazikiem (chwilkę, godzinę. Kiedyś siedziało się po parę godzin, ale chyba odzwyczailiśmy się od tego przez te pół roku, gdy byliśmy pokłóceni), obejrzałem z nim połowę Crank 2 (już widziałem kiedyś. Zacny film.) i zaczęła się magia… Kazik pokazał mi krótki filmik na YouTube. O Jednorożcu Charlie. Musicie. Go. Zobaczyć. KLIKNIJCIE TUTAJ! Nigdy nie widziałem czegoś tak… tak… tak słodko nienormalnego.

A później Marek poszedł spać. O 19. I wstał o 2. I pisze tą notkę. Tak minął mój dzień.

A, jako bonus – zdjęcie po jednym z moich ataków epilepsji. Najwidoczniej ostro musiałem w coś uderzyć, ale nie pamiętam. Cóż, nie przyznam się przecież, że Michalczewski mnie pobił, hm?

Początek weekendu!

poczatek-weekendu

Nareszcie! Nareszcie koniec zamęczania się i siedzenia po nocach! To znaczy – koniec aż do poniedziałku. Sesja w sumie już się zaczęła…

Piszę a na zegarku jak byk stoi 4:46. Zapewne każdy pomyśli, że znowu długo posiedziałem. Otóż nie! Poszedłem spać około 23. Mój organizm nieprzyzwyczajony do takich godzin zapewne “pomyślał”, że to tylko drzemka i wyspałem się w ciągu około 6 godzin. Dziwnie jest wstawać o godzinie o której niedawno chodziło się spać…

A jak tam mój dzień? Cóż – jak to czwartek – robi się co może aby jak najmniej robić. Tak, to brzmi nielogicznie. Cóż, ja tak zrobiłem – w środę poszedłem późno spać, więc w czwartek spałem do 11 i poświęciłem mój wykład. Pojechałem z pracą, którą robiłem całą noc i dowiedziałem się, że… zrobiłem ją “odrobinkę” źle. Fakt nie byłby wart odnotowania, gdyby nie to, że zrobiłem wszystko tak jak wytłumaczono mi tydzień wcześniej. Ale Pani Doktor “pomyliła się” czego skutki odczuję ja – siedząc znowu nad pracą. Z tym, że tym razem kazałem dziewczynom z mojej grupy również się tym zająć. Sam siedzieć nie będę, o! Brzmi gładko, ale jest pewien zgrzyt – dziwnym trafem widmo pracy zawisło nad dziewczynami i jedna z nich oskarżyła mnie o chamskie zachowanie. Naukowcy jeszcze przez parę lat będą starali się odkryć przyczynę tego zjawiska…

Później miałem kolejne ćwiczenia. Oddawałem na nie “moje pedagogiczne credo”. W sumie, to nie byłoby o czym pisać, ale moja praca JAKO JEDYNA nie została oceniona. NIC! Wytłumaczono mi, że napisałem tekst tak głęboko metaforyczny, że musi go przeczytać CAŁA grupa i będzie on omawiany za tydzień na ćwiczeniach! Rozumie ktoś coś z tego?! Dla mnie jest to odrobinę dziwne, moja praca nie wydawała mi się aż tak głęboka, gdy ją pisałem. I był w niej kot.

Po zajęciach zajechałem do Emilii po moją kartę pamięci. Jak zwykle zasiedziałem się odrobinkę. Pogadaliśmy, jak zwykle, o wszystkim. Ooo, i miała u siebie chałkę. Uwielbiam jeść chałkę z masłem i rozmawiać. Mniam. Gdybym miał kraj – chałka znalazłaby się zapewne w godle mojego państwa. Zaraz obok cyborga-Jezusa z głową dinozaura…

A, u Emilii zabawiłem się w Paris Hilton i przymierzyłem moje nowe okularki (opaska na włosy) – dobrze wyglądam?

Wróciłem do domu. Starałem się, naprawdę starałem się pogadać z ludźmi na GG, z moją eks, ze znajomym. Ale nie dałem rady. Poszedłem spać, wstałem dwie godziny później, znowu próbowałem. Nie dałem rady – znowu runąłem do łóżka. I tak minął mi dzień. Nic ciekawego, hę?

Aha, najważniejsze:

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO EMILIA! SPEŁNIENIA MARZEŃ, DUŻO KASY, SZCZĘŚCIA I… KATIE!

“To skomplikowane…”

to-skomplikowane

Kolejny dzień, który miałbym ochotę wymazać antropomorficzną personifikacją gumki chlebowej. Najlepsza byłaby w kształcie kobiety.

Siedziałem w nocy do… 5. NAD. KURDE. RANEM. ARGH!!!

Poszedłem spać, zegarek budził mnie dość odważnie – nastawiłem go na trzy budzenia. Niestety, poległ. Obudziłem się dopiero około 9. Czyli wykład miałem już do tyłu. Pojechałem na ćwiczenia, w końcu robiłem na nie całą noc pracę.

Zdążyłem zjeść jogurt i już musiałem jechać. Nie ma co – śniadanie jak gwiazda filmowa na diecie. Pieprzyć to. Dzisiaj przynajmniej ubrałem koszulę, ale padało i ogólnie pogoda była do niczego. Na uczelnię dotarłem w jednym kawałku. Okazało się jednak, że pracę odrobinę źle wydrukowałem! KURDE! A wykładowczyni przesunęła nam termin o tydzień! Nie mogła wcześniej dać mi o tym znać? Eh.

Znowu pożyczyłem 5 zł od znajomej. Jestem jej winien już dychę, ale nie martwię się – to ona kupuje ode mnie rysunek, więc odliczę jej po prostu. Takie jest życie. Wszyscy mówili mi, że wyglądam jak duch – przysypiałem jak tylko usiadłem, patrzałem się na ludzi nieobecnym wzrokiem, a moim standardowym pytaniem było “Co?”… To znaczy, że po dzisiejszej nocy (kolejny projekt!) będę wyglądał w sam raz do jakiegoś polskiego horroru.

Wróciłem do domu o 16. Poszedłem spać i spałem do 22. Czyli od godziny jestem na nogach. Teraz biorę się za projekt.

A moja eks gada z “boskim algierczykiem”. To z Afryki. Mam nadzieję, że dziecka mi nie zabierze…

Tak naprawdę jest 2 Czerwca…

tak-naprawde-jest-2-czerwca

Nie, serio. Jest 2 Czerwca, bo jeszcze nie poszedłem spać. Ale ta chwila powoli nadchodzi. Jest dokładnie 1:17. Ja sam muszę zająć się masakrycznie długim projektem na jutro. Dokładniej, to poprawiłem już pracę znajomej z grupy, teraz przepisuję moją pracę (bo oczywiście, kur*a, skasowałem plik tekstowy po jej ostatnim napisaniu) i czekam aż kolejna znajoma podeśle mi swoją pracę (czytaj – do poprawy). Później jeszcze to wydrukować i posłuchać jutro jacy my to do niczego jesteśmy.

Ale, ale – jak tam mój dzień? Cóż, nie za ciekawie. To jedne z tych dni, które miałoby się ochotę wyciąć z życia i nie tylko nic by się nie straciło – psychika byłaby u człowieka zdrowsza.

A dlaczego Marek uważa, że jego dzień był tyłkiem jamnika? Ponieważ tachał ze sobą na uczelnię (półtorej godziny drogi) tubę z zamówionym rysunkiem. Później okazało się, że dopiero po zajęciach przyjdzie znajoma po rysunek. Zobaczyła go i… nie spodobały jej się usta! No oczywiście! Jak mogłem o tym nie pomyśleć, mając 4 dni na narysowanie ludzi ze zdjęcia wielkości znaczka pocztowego na formacie A2, że usta mogą się odrobinę nie zgadzać! Niestety – co zrobić? Klient nasza Pani. Latałem z tubą cały dzień (czyli o 20 byłem w domu) jak ostatni idiota…

Najlepsze jest to, że ta znajoma wie, że ja pracuję nad pracami na studia, bo jest ze mną w grupie! To właśnie jej błędy poprawiałem! Sama doskonale wiedziała co się dzieje, wiedziała jak mało czasu mi daje, a teraz jeszcze życzy sobie gotowej pracy do czwartku. I zapłaci dopiero za jakiś tydzień! Uśmiech od ucha do ucha…

Dodatkowo założyłem dzisiaj koszulkę z dna szafy. Już wiem czemu położyłem ją na dnie. Ponieważ jest czarna, rozciągliwa i ma długie rękawy, a przy tym jest cienka. Nie nadaje się ani na zimę (cienka), ani na lato – człowiek poci się w niej jak mops. I czuje się niezręcznie. Wyglądałem pod koniec dnia jak po ostrej orgii z prostytutkami z burdelu “101 dalmatyńczyków”. Hau.

Tak czy siak – z rana byłem na uczelni, zajęcia od 9 do 11:30. Później podskoczyłem wreszcie do mojej znajomej o której pisałem, że chciała pogadać o jakimś problemie. Cóż, sytuacja jest nieciekawa. Nie będę wdawał się w pikantne szczegóły, ale wiecie, że wiek “jestem-studentem”, to wiek, gdy rodzice boją się, że ich pociechy opuszczają już gniazdo i na starość jednak nie będzie nikogo przy nich na okrągło. To zadziwiające – jak dzieci się rodzą, to człowiek marzy o tym żeby czasami gdzieś się wyrwać samemu. Ale jak dorosną – chcemy zatrzymać je przy sobie. Koniec końców rozmowa ze znajomą wyszła średnio na początku, ponieważ byli u niej znajomi. Później dotarła też jej sublokatorka (wiecie, akademik), która jest równocześnie moją znajomą z roku (przez nią się poznaliśmy). I wtedy dzień zaczął być odrobinę na minusie. Przez idiotyczne zaczepki facetów znajomej (bo mądre nie były, niestety) i drobny brak dystansu do siebie koleżanki… dostało się mi! Owszem, w pewnym momencie coś powiedziałem, ale nie było to obraźliwe wobec niej. A jednak wstała i zasadziła mi kopniaka. To akurat było dziecinne. Kto kopie ludzi mając 20 lat?

Cóż, atmosfera się popsuła. Poszedłem ze znajomą do McDonaldsa, ponieważ miałem resztę kasy na karcie i raczej ciężko jest wypłacić inaczej 8 zł. A byłem głodny. Znajoma też miała resztki kasy na karcie, więc w sumie oboje jedliśmy za grosze. Dodatkowo jej frytki okazały się oszukane. A ja, nauczony przez moją Mamę, wziąłem je szybko i poszedłem do kasy walczyć o swoje prawa. Wyszło na moje i zjedzone do połowy frytki wymieniono nam na nowe. Yay!

Okazało się, że moja znajoma była w dzieciństwie fanką Kapitana Tsubasy! Szok! Pamięta ktoś z Was tą animację? Leciała na Polonii 1 i była świetna. W skrócie opowiadała o przygodach mega utalentowanego piłkarza o imieniu Tsubasa. Niby nic, hm? A teraz dodajcie do tego super strzały, łączone ataki i piłki przebijające siatki w bramkach. Brzmi ciekawiej? Tak się rozgadaliśmy, że skończyliśmy w parku Kasprowicza na placu zabaw. Miałem niewielką nadzieję, że zobaczę moją eks z Natalką, ale najwidoczniej było za gorąco… A może była pora spania?

Później pojechałem na angielski. Dzisiaj było kolokwium zaliczeniowe. Cóż, pierwszą stronę prawdopodobnie zrobiłem bezbłędnie. Co do drugiej strony testu myślę, że jakieś 2-3 błędy będą. Nigdy nie byłem dobry w przysłowiach. Ale pracę oddałem pierwszy! I nic się nie uczyłem!

I teraz najciekawsze. Pytanie: Co potrafi mnie zdenerwować tak bardzo, że mam ochotę się pochlastać? Odpowiedź: moja alergia. Jestem alergikiem. W pełnym tego słowa znaczeniu. Cierpię na alergię przez jakieś 7-8 miesięcy w roku. Jestem uczulony na trawy, drzewa, roztocza, mam astmę alergiczną i pierdyliard innych zabawnie brzmiących słówek. Dość powiedzieć, że zużyłem na samej podróży powrotnej do domu (jak pisałem – 1,5 godziny) prawie 3 paczki chusteczek (intensywnie oszczędzając każdą) i moim kichaniem i smarkaniem umilałem życie ludziom w tramwaju i autobusie.

Wróciłem zmęczony i zły. Obejrzałem do połowy kolejny odcinek 4400 (lubię) zagryzając obiadem w postaci gulaszu z kluskami (lubię) i… nie poprawiło mi to humoru! Obiad zjadłem do połowy, odcinek obejrzałem do połowy i położyłem się spać na dwie godziny. Cóż, czasami trzeba być emo i przytulić się do poduszki.

Wstałem i zabrałem się za ten projekt. Siedze nad nim do teraz. Zacząłem przed 22. Trzymajcie kciuki za mnie – jutro poprawiam kolejny projekt. I jestem z tymi samymi koleżankami w grupie! Gulp.

Wyśpię się chyba dopiero w czwartek. Chociaż w sobotę koleżanka ma urodziny. A we wtorek kolokwium z Psychologii mam. Te takie ciężkie – zaliczenie na 3 jest od 75% w górę. Powariowali…

Porównanie:

Marek w 2006 roku. Marek w 2009 roku.

“Oj, kurcze…”

oj-kurcze

Dobra, nie jest źle – piszę dalej.

Wczoraj miałem tyle roboty, że nie napisałem nic o moim dniu. A zdarzyło się coś szokującego – pogodziłem się z moim znajomym, Kazikiem! To brzmi głupio, ale jednak pół roku nie gadaliśmy. Piwo poleciało, parę godzinek zeszło, a jak poszedł… Kurde, nie zrobiłem całego rysunku! W ten oto sposób siedziałem nad nim do 3 nad ranem. Skończyłem połowę. Drugą dokończyłem dzisiaj. Dałem w tym wpisie nawet zdjęcia, ale trafiłem na krzykaczy straszących mnie jakimiś prawami. Do wyjaśnienia sprawy zdjęcia nie wrócą. Nie tutaj. ;)

A dzisiaj? A dzisiaj spędziłem dzień dziecka z moją córą! Z rana golonko, przysznicowanie i inne zajefajne rzeczy, później spóźniłem się na autobus przez głupi obowiązek wyrzucania śmieci i, nareszcie,pojechałem. Zauważyłem kolejny defekt moich nowych słuchawek – mają zaciski na uszy żeby nie wypadały, z tym, że po jakimś czasie uszy bolą. Oj, jeszcze za wcześniej żebym zaczął żałować zakupu. Muzyki słucha się świetnie, po prostu parę defektów małych jest, które już rozwiązałem (były silikonowe nakładki na zatrzaski, na tyle grube, że już nie muszę zatrzaskiwać słuchawek na uszach żeby się trzymały). Ludzie odrobinkę spoglądali na mnie, bo najwyraźniej rzadko widują młodych facetów z takimi ogromnymi prezentami. Ja dla Nati zakupiłem, na spółkę z jej Babcią, świetną kuchnię dla małej dziewczynki (nie, nie uczę ją na siłę bycia kurą domową. Po prostu widziała ona podobną u koleżanki i była w niej zakochana) i zestaw klocków. Stare pogubiła.

Dojechałem, moja eks pozwoliła mi nawet wejść do środka (nieważne ;] ) i nacieszyć się prezentem razem z małą. Okazało się, że była też u niej znajoma mojej eks, wiecie, to ta z tych, których nie można polubić choćby nie wiem jak się starało. No i starałem się, byłem miły, ale nadal jestem negatywem. Nieważne. Gdy Nati układała sobie klocki ja z jej Mamą zajęliśmy się składaniem kuchni. Najwidoczniej frajdy mieliśmy więcej niż mała. Taaak, poczułem się odrobinę dziwnie. Ale przynajmniej mogłem pośmiać się, że naklejki poprzyklejała nierówno.

Nati pobawiła się trochę nowymi zabawkami, Mama ubrała ją w piękny strój księżniczki (różowa sukienka, taka fajna, serio) i… poszliśmy! A chodzenia było dużo. Najpierw polecę Wam świetny bar o którym moja eks mi powiedziała – bar zowie się Turysta. Podobno jest on tam jeszcze z czasów PRLu. Ja nie wiem, ale sposób w jaki wszystko się kupuje itp. jest jak z normalnej stołówki, z tym, że obiad autentycznie ma smak. I to jaki! Zamówiliśmy chłodną zupę owocową dla Nati i Mamy (jadły na spółę) i ziemniaki z udkiem kurczaka i pieczarkami w sosie. Ja wziąłem tylko drugie danie. I za to i trzy kompoty zapłaciłem 25 zł! A zjeść tego nie mogliśmy we trójkę. A trzeba Wam wiedzieć, że nie należę do facetów jedzących mało. Polecam ten bar – poszukajcie sobie adresu w sieci, mi się nie chce…

Później zaczęła się zabawa. Poszliśmy do bawialni. Dzisiaj była zniżka i za 6 zł Nati mogła bawić, z milionem innych dzieciaków, ile chciała. Dawno się tak dobrze nie bawiłem. Magda wejść nie chciała, bo… za długo potem buty by wiązała! No to ja siup – i biegałem z małą. Po godzinie oboje byliśmy tak zmęczeni, że ledwo na nogach staliśmy. Nati przysypiała, więc szybko zabrałem ją do kafejki na lody. Cukier szybko pobudził małą – pospała z 15 minut, zjadła lody i już do końca biegała. Jeździła na koniu, brała udział w loterii i ogólnie świetnie się bawiła. Tak jak i ja. I Mama chyba też…

Wróciliśmy do mojej eks do domu, dostałem sól morską do nosa, podobno miała pomóc na moją alergię. Nie pomogła, ale pomogła mi smarkać, chociaż nie miałem z tym wielkich problemów. Dostałem też klatkę dla mojej szczurzycy. Szczurki mojej eks zdechły, niestety. A klatka się przyda, moja szczurzyca biega teraz w niej aż miło.

Po powrocie odrobinka zdenerwowania, bo zdjęć z telefonu zgrać nie mogłem. Jak na złość zgubiłem kabel od niego. Później trochę rozmów na GG i wziąłem się za dokończenie rysunku. Pół godziny skupionej roboty i efekty są. Podobno jeżeli rysunek się spodoba, to już kolejne zamówienie poleci. Uff, czyli bezrobotny nie będę!

Koniec końców mój dzień kończy się teraz. Idę spać, jestem zmęczony. Jutro idę pogadać ze znajomą, ma jakieś problemy i jednak, wiem sam z doświadczenia, lepiej człowiek się czuje jak z kimś o nich pogada. A ja wrażliwa bestia jestem, bez skromności. Chociaż, z drugiej strony, potrafię też być często gruboskórny… Musze się postarać i słuchać problemów innych.

Spaaać…

“Raz, dwa…”

raz-dwa

Pierwszy wpis.

Znowu wzięło mnie na prowadzenie autentycznego bloga. Temu daję ze 3 miesiące życia, no, chyba, że ktoś będzie mnie gwałcił o nowe wpisy i przypominał o dodawaniu kolejnych rzeczy. Póki co będę koncentrował się dalej na tym w czym jestem dobry – na unikaniu wszelkiego wysiłku.

Ale do rzeczy – na imię mi Marek. Jestem studentem Uniwersytetu Szczecińskiego. Od paru lat czuję się bardzo związany z rysunkiem. Dlatego też staram się cały czas rysować i tworzyć na wszelkie sposoby. Nigdy nie miałem żadnego nauczyciela, wszystko do czego doszedłem, to moja ciężka praca. Nie posiadam i nie wierzę w coś takiego jak talent – wierzę w ciężką pracę. Moim zdaniem określanie kogoś “utalentowanym” to obraza dla tej osoby. To tak, jakby powiedzieć, że ten ktoś z dnia na dzień zaczął rysować nadzwyczajne prace. To tak, jakby zapomnieć o latach, które ta osoba spędziła na nauce rysunku itp.

Co do samej funkcji bloga – będę tu zamieszczał moje prace, zwykłą paplaninę z życia i zapewne pierdyliard innych rzeczy. Cóż, nie ma sensu przedłużać…

Dzisiaj spałem 11 godzin. Po raz pierwszy od paru dni wyspałem się. To wina studiów, ostatnie trzy noce przesiedziałem do 4 nad ranem. Pierwsze dwie zostały poświęcone na dokończenie projektów na uczelnię (jeden jest do poprawy, drugiego mogłem wcale nie robić, bo i tak nic mi nie dał), ostatnia noc została zarwana z powodu grania po sieci w Killzone 2. Ja mówię Wam – ta gra mnie kiedyś wciągnie na tyle, że wyjdę z transu dopiero po utracie przytomności. Chociaż póki co najdłużej grałem w nią 2 godziny. Nie jest źle, w Final Fantasy X parę lat temu grałem przez 27 godzin z niewielkimi przerwami na potrzeby. Znowu bym pograł chętnie…

Tak czy inaczej – wstałem i włączyłem komputer. Na śniadanie obejrzałem sobie kolejny odcinek serialu 4400. Serial jest dość stary, powstał jeszcze zanim powstało Heroes. A zamysł jest podobny, ale lepszy. Myślałem, że zwariuję, gdy zobaczyłem końcówkę 1 odcinka trzeciego sezonu… O cholera, zdałem sobie dopiero sprawę, że to już 3 sezon! Ostatni! I bez zakończenia, serial został przerwany. A ludzie oglądają jakieś Prison Break’i. Eh. Ja muszę znaleźć jakiś dobry serial żeby zapełnić nim pustkę po ostatnim sezonie Dr House’a. Do września długa droga…

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie mały błąd w moim rozumowaniu – na śniadanie obejrzałem serial, ale… zapomniałem o śniadaniu! O cholera, musiałem jechać z pustym żołądkiem. Zdarza mi się to za często, a pokusa wydania kasy na kebaba jest duża. W piątek wpłacono mi pieniądze, od razu spłaciłem długi i zakupiłem sobie stylową tubę na przechowywanie moich prac, które muszę przecież jakoś przenosić do klientów. Czekam jeszcze aż dostanę cynk o tych projektach koszulek…

Zebrałem się szybko i po serialu i wyprzysznicowaniu się pojechałem do Media Marktu. Okazało się, że mój tablet wrócił z naprawy. Jest! Dostałem zupełnie nowy egzemplarz! Niestety, okazało się, że moje słuchawki od mp3 playera nie stykają i często nie działają. Zdenerwowany wyciągnąłem kartę i… wyszedłem bogatszy o nowe słuchawki Philipsa. Całkiem niezłe, ale wydaje mi się, że uszy mi się pocą w nich. Chyba nazbyt przyzwyczaiłem się do dousznych odmian słuchawek…

Po powrocie kolejny odcinek 4400. Potem ćwiczyłem coś na tablecie. Wyszło średnio, a tak chciałem coś tu pokazać… Trudno, musicie zadowolić się tym pseudo-komiksem. Bardzo prawdziwym, niestety. Ale to nie moja wina! Ja naprawdę nie chcę grać w Killzone 2 po nocach! O, właśnie, zostało mi tylko 86 punktów do kolejnej rangi. Czyli dwa meczyki po pół godziny. Może by tak dzisiaj…? Nie no, spać muszę iść. Jutro muszę skończyć zlecenie. Niby mam czas do wtorku, ale pojutrze jest dzień dzieciaka i spędzam go z Córką. Polatamy trochę po Szczecinie i pobawimy się. Co by nie gadać – praca jest ogromna do zrobienia – portret A2 w ołówku dla młodej pary. Żałuję tylko, że taką niską cenę zaproponowałem – 70 zł. Ale to po znajomości. Może wpadną kolejne oferty? Normalnie wziąłbym za to jakieś 150 zł. A portfel powoli pustoszeje…

W sumie kupę czasu spędziłem na rozmowie z moją eks. Jakoś się dogadujemy ostatnio. W sensie, że nie gryziemy się ze sobą cały czas. Mi to na rękę, bo podczas spotkań z Córką nie boję się o to, że ktoś będzie robił wstyd dziecku na środku ulicy – czy to ja, czy ona. Ciekawe ile wytrzymamy w takiej sferze znajomości…

A, właśnie. Widziałem nowy trailer Toy Story 3. Tak – trzecia część powstaje. Gdy zobaczyłem filtry i tekstury, które nałożono na postacie – byłem w szoku! Autentycznie widać, że coś jest z plastiku a coś innego z jakiegoś materiału itp. No i w full HD! I 3D! Za dużo szczęścia na raz. Czekam, już rezerwuję miejsce w Multikinie. Tak samo jak niby rezerwowałem na Wolverina (brak kasy) i na Anioły i Demony (nie zdążyłem przeczytać książki). Kurde, patrzę na moją kolekcję biletów z Multikina i widzę, że ostatnie 5 filmów na jakich byłem, to same animacje! (nie liczę DragonBall Evolution – zbiór psiego łajna polany sosem z Power Rangers’ów)
Chciałbym jeszcze iść na Terminator: Salvation oraz na Tim Burton’s 9… Ale na to mam czas. Hmmm… Może Potwory kontra Kosmici przegryzę sobie w najbliższym czasie? Słyszałem, że zjadliwe.

I tylko czasu brak, a sesja już 22 czerwca. A zaliczenia do 10 czerwca. Niby nic, ale mam koło do poprawki i nieobecności do obgadania. I kolejne koła w drodze. I oni jeszcze chcą ode mnie projektów! AAARRGHH!

PS: “…trzy, cztery, dużo, bardzo dużo.”