Tytuł adekwatny do mojego zdenerwowania. Chociaż, nie, w sumie nie jestem zdenerwowany. Przyjąłem tą informację spokojnie, na poziomie…
Rysunek nie został przyjęty przez znajomą. Spodziewała się ona pracy za 700 zł nad którą pracuje się w pocie czoła przez dwa tygodnie. Dostała, niestety, rysunek za 70 zł nad którym pracowało się, robiąc przy okazji dwa inne projekty na studia, przez cztery dni. Koniec końców – pracę odzyskam a znajoma pokryje koszty papieru i robocizny (marne 15 zł). Mam nauczkę – nigdy więcej nie pakuję się w projekty tego typu. Od dzisiaj zajmuję się takimi pracami ze słowami na ustach “to zajmie około miesiąca”. A jednak, boli, bo pooddawałbym długi…
To zadziwiające, ale ja ZAWSZE mam jakieś długi. I nawet o nich nie pamiętam, ale gdy zaczynam o nich rozmawiać, to rzeczywiście, przypominam sobie, że pożyczałem przecież pieniądze od kogoś. Jak np. fakt, że w tej chwili potrzebuję jakieś 40 zł. Ma ktoś w kieszeni?
Co do dzisiejszego dnia – znowu nie pospałem. Wręcz było to przeciwieństwo snu – byłem na nogach o 5 nad ranem (widać to w mojej poprzedniej notce, którą pisałem tuż po przebudzeniu). Od tego czasu latałem rześki i uśmiechnięty. Poranek rozpocząłem od umierania z głodu, skutecznie zagłuszyłem to podwójną dawką serialu 4400 na bekonie. Całkiem smaczne – zostały mi dwa odcinki do końca 3 sezonu. Później nastąpiło ogólne otwarcie sklepów, a ja obudziłem Mamuśkę w celu zdobycia pieniędzy na… chałkę! Tak, pamiętałem ten świetny smak u Mili, toteż po co się ograniczać?! Chałka, masło, kakao i kolejny, przedostatni odcinek 4400. Dopiero później postanowiłem, że leżenie przez 2 h w łóżku jest średnio zdrowe. Wstałem i poszedłem pobiegać. Tak, nawet mi się zdarza. Dawno nie biegałem, ale było to bardziej odświeżające niż prysznic. Ten sam prysznic, który później wziąłem i który sprawił, że znowu miałem ochotę położyć się spać. A było już po godzinie 7.
A teraz ciekawostka – nauczyciele z mojej podstawówki szaleją. Szaleją, bo ich uczeń wraca na stare śmieci jako nauczyciel. Mówimy cały czas o mnie. Muszę tylko, praktycznie rzecz biorąc, zdać studia i zaczynam praktyki już we wrześniu. Zapowiada się śmiesznie, muszę przyzwyczaić się do tego, że ktoś będzie do mnie mówił “pan” i nie będzie miał wszystkich zębów. Dodatkowo, wiem, że zostanę wykorzystany jak tylko się da – nauczycielki liczą bardzo na talent artystyczny “Mareczka” i jego umiejętność robienia z niczego czegoś. Zobaczymy. A wspominam o tym ponieważ moja Mamuśka spotkała niedawno moją byłą wychowawczynię, która wspomniała żebym wpadł w piątek do szkoły pogadać. Wpadł. Pomiędzy 8 a 12. W piątek. Wolne. Zamiast spać.
Dałem radę – na 12 byłem umówiony pod Galaxy na oddanie rysunku dziewczynie. Nie spieszyłem się i spokojnie pogadałem sobie z moją wychowawczynią do 10:30. Gadaliśmy o wszystkim – starych i nowych czasach, o ludziach z mojej podstawówki (pamięta ktoś Ankę, która odeszła w 2 klasie?) i poziomie obecnym dzieciaków (podobno jest mniej takich geniuszy niż jak ja się uczyłem), które nie umieją poprawnie czytać i koncentrują się na obrazie (telewizja).
Później zrobiłem papa, obiecywałem narysować na jutro parę postaci z bajek (czyli na dzisiaj. Sobotę. O 12 jest jakaś zabawa i obiecałem o 10 podrzucić moje prace do sprzedania) i pojechałem pod Galaxy. Po drodze zajechałem do akademika, do Mili. Co się okazało? Teoretycznie byłem w akademiku całą noc, bo zapomniałem zabrać moją legitymację studencką jak wychodziłem od niej ostatnio! CHOLERA! Sprawa trafiła odrobinkę wyżej i muszę czekać aż jakieś babsko zwlecze swój tyłek i przyjedzie w… PONIEDZIAŁEK! Tak, dopiero w poniedziałek oddadzą mi legitkę. No nic, moja wina. Mili właśnie przeszkodziłem odsypianie nocy, którą spędziła na oglądaniu filmów. Ludzie autentycznie gwałcili jej telefon smsami i telefonami z życzeniami do 3 nad ranem! Ja bym tak nie mógł, głównie dlatego, że żaden z moich znajomych nie wytrzymuje siedzenia dłużej jak do 2. Szczypiory z nich… Chwilkę pogadaliśmy, pośmialiśmy się i pojechałem z rysunkiem. Na miejscu wszystko załatwiliśmy na szybko, znajoma zabrała rysunek bez oglądania i pojechała w cholerę.
Ja wróciłem do akademika, pogadałem z Milą i poszliśmy do Turysty. Mniam, jednak da radę zjeść coś dobrego w Polsce. Tyle, że ceny są niepokojące – SAM KOTLET MIELONY kosztuje tam 3.70 zł podczas gdy talerz zupy owocowej kosztował 2.60 zł. Hm, a gdzie miejsce na ziemniaki i sos? Za dwudaniowy obiad, którego sam nie mogłem prawie zjeść zapłaciłem 10.40 zł. To akurat jest genialne. I smaczne. Mila była w Turyście pierwszy raz, ale zapewne nie ostatni. Widać było po niej, że miejsce przypadło jej do smaku (ha, żart słowny. Dobry, nie? Tak? TAK?!). Minusem objadania się jest późniejsza ospałość. Skutecznie zabiliśmy ją chodzeniem po Galaxy (ma ktoś 120 zł? Widziałem cztery świetne koszulki w Croppie) i późniejszym powrotem do akademika według wskazówek Mili (okrężną drogą, obok zamku). Pod sam koniec nie dawałem rady wejść po schodach tak śpiący byłem. W akademiku położyłem się, Mila coś do mnie mówiła a ja… zasnąłem! Co prawda na chwilę, bo obudziłem się jak kończyła mówić, ale i tak dziwnie musiało to dla niej wyglądać jak słuchałem jej z zamkniętymi oczami.
Koniec końców udało mi się wrócić do domu. Tak, zasnąłem w autobusie. Ja tak zawsze. Ha, przypomniało mi się, że na światłach pisałem akurat smsa do znajomego, światło zmieniło się na zielone i jakaś pani zaczęła szturchać mnie w ramię. Mój pytający wzrok zmusił ją do powiedzenia “już zielone, proszę iść”. To było dziwne…
Dojechałem do domu pełen radości – ugadałem się ze Ślimakiem, że mamy jechać na Terminatora na 18. Miałem czekać na nich w Galaxy, ale napisałem mu, że wracam jednak do domu (z myślą, że zabiorę się z nim samochodem). To był mój błąd – Ślimak był na miejscu, kupił bilety i zadzwonił do mnie… o 17:30! Gdy ja byłem w domu! Cholera. Teraz będę musiał oddać kasę za film, którego nie widziałem. Smacznie i srogo zajebiście, ale wina była moja.
Posiedziałem chwilkę z Kazikiem (chwilkę, godzinę. Kiedyś siedziało się po parę godzin, ale chyba odzwyczailiśmy się od tego przez te pół roku, gdy byliśmy pokłóceni), obejrzałem z nim połowę Crank 2 (już widziałem kiedyś. Zacny film.) i zaczęła się magia… Kazik pokazał mi krótki filmik na YouTube. O Jednorożcu Charlie. Musicie. Go. Zobaczyć. KLIKNIJCIE TUTAJ! Nigdy nie widziałem czegoś tak… tak… tak słodko nienormalnego.
A później Marek poszedł spać. O 19. I wstał o 2. I pisze tą notkę. Tak minął mój dzień.
A, jako bonus – zdjęcie po jednym z moich ataków epilepsji. Najwidoczniej ostro musiałem w coś uderzyć, ale nie pamiętam. Cóż, nie przyznam się przecież, że Michalczewski mnie pobił, hm?
